Jak zacząć?
Ogłoszenia
Regulamin
Umiejętności
Moc Magiczna
Statystyki
Spis Bogów
Rozliczenie z treningów
Sprawy do Administracji
Ranking
wymiana
Spotlights
Sophia Templer
Najlepsza postać żeńska
Miles Halter/Nathan Frost
Najlepsza postać męska
Felicity Wayland
Miss Forum
Miles Halter/John Oswald
Mister Forum
Miles Halter/John Oswald
Najlepszy Wątek
Freywald
Najlepsza para
Strona Główna



Poprzedni temat «» Następny temat
Pawilon Jadalny
Autor Wiadomość
MG
Administrator


Wysłany: 2016-07-09, 18:36   Pawilon Jadalny

Pawilon jadalny jest dużym placem, którego posadzkę wyłożono płytami białego marmuru. Otoczony jest kolumnadą zbudowaną z dwudziestu czterech kolumn, na których umieszczono sztandary poszczególnych domków w Obozie.
W centralnej części placu umieszczono ognisko otoczone rzecznymi kamieniami, to w jego ogniu poświęconym bogini Hestii, herosi składają ofiary bogom. Ponadto w pawilonie umieszczono dwadzieścia cztery długie stoły wraz ławami, każdy stół przypada jednemu domkowi.
 
   Podziel się na:     
Octavia Harris
The Warrior Princess





Ares

Uznana

19.02.1998

Poziom1

Get out you'r guns, battle's began!






25
siła
17
szybkość
12
zręczność
70
100
MM
00
PD

2 lvl walka wręcz, 1 lvl tropienie, 1 lvl walka bronią improwizowaną, 1 lvl walka bronią białą (miecz)

Ekwipunek: miecz, zapalniczka, paczka gumy do żucia
Wysłany: 2016-07-09, 23:16   
   Multikonta: Finn, Seth


Kiedy tylko usłyszała słowo "kolacja", uświadomiła sobie, jak bardzo jest głodna. Nie jadła w końcu żadnego obiadu. Rano łaskawie pojawiła się na śniadaniu, jednak w trakcie pory obiadowej siedziała w przydzielonym jej domku i układała w głowie plan powrotu do domu. Nie na stałe oczywiście - po tym co tutaj widziała w ciągu tego jednego dnia, ciężko byłoby jej wrócić do zwyczajnego życia. Chciała tylko zabrać z domu swoje rzeczy, przede wszystkim ubrania, bo pomarańczowej koszulki nie mogła znieść.
Wracając do tematu kolacji... kiedy tylko odświeżyła się po treningu, udała się w kierunku pawilonu jadalnego. Marzyła o porządnym posiłku. Z tego co słyszała po kolacji miało odbyć się jakieś ognisko. Nie była zbyt chętna, żeby się tam pojawić, ale było to obowiązkowe dla wszystkich mieszkańców obozu. W dodatku miały się odbyć wybory na przewodniczącego domku, w którym chwilowo mieszkała. Miała nadzieję, że będzie to jakaś... kompetentna osoba, chociaż znając jej szczęście, grupowym zostanie ktoś, kto bardzo będzie działał jej na nerwy.
- Pożyjemy, zobaczymy - mruknęła sama do siebie, kiedy doszła do wniosku, że rozmyślanie o tym nic jej nie da. Z takim nastawieniem przekroczyła próg pawilonu jadalnego i zajęła miejsce przy stoliku, przeznaczonym dla Domku Zerowego.
 
 
   Podziel się na:     
Rey Strahl 
KatyCat





Apollo

Grupowa #7

25.01.1999

Poziom1

Shit hit the fan






10
siła
19
szybkość
21
zręczność
100
100
MM
14
PD

2 lvl łucznictwo, 1 lvl złodziejstwo, 1 lvl broń improwizowana, 1 lvl strategia, 1 lvl walka bronią drzewcową

Ekwipunek: gaz pieprzowy, łuk, pirania, miecz
Wysłany: 2016-07-09, 23:18   
   Multikonta: Nathan, Ajzak


Herosi mieli obowiązkowo stawić się w pawilonie jadalnym. Rey oczywiście przyszła na miejsce spotkania. Usiadła przy jednym z 24 stołów i czekała... i czekała... i czekała. Bowiem zjawiła się jako jedna z pierwszych . Obowiązek to obowiązek, dziwne, że tylko ja i Via tu jesteśmy pomyślała rozglądając się dookoła, Pewnie przyszłam za wcześnie. Rey rozłożyła się na ławce i w ciszy leżała, aż ktoś przyjdzie. Niestety jej cierpliwość jest naprawdę mała, gdyż po kilku minutach wstała i poszła rozejrzeć się po pawilonie. Największą uwagę Rey przyciągnęło ognisko. Tu chyba składają ofiary bogom... gdy tylko przez głowę przeszła jej ta myśl pomyślała o ojcu, którego nie znała. Mogła się tylko domyślać kim jest. Bardzo chciała żeby jak najprędzej ją uznał. Tak jak wspominałam zbyt cierpliwa nie była.
Rey z tego co się orientowała, wiedziała, że tego dnia mieli zostać wybrani nowi grupowi domku 0. Nie ukrywajmy, Rey bardzo liczyła na to, że doświadczy tego honoru i zostanie grupową. Jej osobowość po prostu domagała się bycia kimś więcej niż zwykłym obozowiczem. Ona urodzona liderka, liderka wprost z powołania, umiejąca pracować w zespole, organizować czas, pracę... Robota idealna dla niej.
Niestety były też te gorsze strony spotkania. Obowiązki... Miał zostać ogłoszony spis obowiązków. Na to Rey cieszyła się ciut mniej. Chociaż nie przyszła do obozu po to, aby cię lenić. Powinna mieć dobrze poukładany dzień. Obowiązki dobrze jej zrobią, aby się nie rozleniwiła.
Obeszła pawilon jadalny kilka razy i w końcu usiadła ponownie przy stole i tak jak wspominałam, czekała i czekała, aż kolacja się rozpocznie...
 
 
   Podziel się na:     
Teddy Westwood
greek shadowhunter





Zeus

uznany

16 VII '97

Poziom1

they will play a game and say they know what you're going through






11
siła
12
szybkość
14
zręczność
45
100
MM
19
PD

walka wręcz - lvl.1 strategia - lvl.1 łucznictwo - lvl.1

Ekwipunek: łuk plus kołczan; dwa sztylety
Wysłany: 2016-07-10, 11:02   
   Multikonta: Beau


Obowiązek, polecenie, jakby tego nie nazwać. Teddy świetnie rozumiał pojęcie obowiązku, co nie znaczy, że zawsze lubił ślepo się do nich stosować. Zdecydowanie o wiele bardziej wolał sam sobie wybierać obowiązki i najlepiej wymyślać je dla innych. Taki charakter, prawdopodobnie miał to nawet wpisane w kod genetyczny.
Nie wiedział dokładnie o co chodzi, ale słowo 'kolacja' brzmiało obiecująco. Zabawne jak na ludzki metabolizm może wpłynąć dopiero co nabyta wiedza o tym, że tuż obok naszego aktualnego życia, prawie pod nosem, istnieje miejsce, w którym schronienie mogą znaleźć dzieciaki, które potwory z kart książek historycznych chętnie widziałyby na swoich talerzach w ramach kolacji.
Z każdą godziną tu spędzoną, pojedyncze elementy, które w ciągu minionych prawie dziewiętnastu lat czasem nie miały sensu, zaczęły powoli tworzyć jedną, spójną, logiczną układankę. Widać był w swojej rodzinie jedynym, który nawet nie domyślał się, że może istnieć coś poza życiem popularnego nastolatka z Brooklynu. Pewnie dlatego po przekroczeniu granic obozu zaskakująco wzrosła liczba momentów, w których chował dumę do kieszeni i robił co mu kazali, z poprawnym użyciem liczby mnogiej, bo dawno nie spotkał w jednym miejscu tylu ludzi, którzy lepiej orientowali się w sytuacji, która najwyraźniej miała teraz stać się jego życiem i, chciał tego czy nie, lepiej dla niego, żeby tych rad i poleceń słuchać.
Spokojnie siedział przy wyznaczonym stoliku, wypatrując spomiędzy kolumn obwieszonych różnorakimi sztandarami, pojedynczych skrawków nieba. To zawsze był uspokajający widok.
_________________
let's be honest - that doesn't exist
 
 
   Podziel się na:     
John Oswald
Lord of the toillet





Posejdon

Grupowy #3

10.03.1998

Poziom1

wszystko się pojebało






25
siła
16
szybkość
17
zręczność
79
90
MM
o
PD

2 lvl - walka mieczem | 2 lvl - walka wręcz | 1 lvl -łucznictwo

Ekwipunek: miecz
Wysłany: 2016-07-10, 11:20   
   Multikonta: Tye i lepszy bliźniak, król złodziei


John jak zawsze zbierał się na ostatnią chwilę. Chociaż nie zbyt mu się śpieszyło. Wiedział, że to obowiązek i te sprawy, ale nie był zbytnio zafrasowany jak stwierdził, że się spóźni. Trudno. Przynajmniej przyjdzie. Zdążył jeszcze zagrać na gitarze, potem umysł zęby i ruszył na papu. A przecież wiadome, że papu jest najważniejsze. Trzeba coś jeść i te sprawy, a skoro potem miała odbyc sie bitwa o sztandar postanowił wziąć mieczyk.
Kiedy doszedł na miejsce, stwierdził, że jednak się nie spóźnił. Było trzech herosów na krzyż, więc spoko, on był czwarty. Rozejrzał się dookoła. Zobaczył dwie dziewczyny i jednego chłopaka. Nie śpieszyło mu się, więc przeszedł przed sam środek, stanął przy ognisku i wzdrygnął się. Bał się ognia, w każdym jego rodzaju, nie byl nawet w stanie odpalić zapałki. To był była fobia. Dlatego postanowił odejść jak najszybciej od ognia i siąść byle gdzie. Wyszło na to, że usiadł koło chłopaka. Spojrzał na niego i stwierdził, że wypadałoby się chociaż przywitać, czy coś,
- Cześć - powiedział z uśmiechem, ale nie oczekiwał na rozwój rozmowy.
Przecie przyszedł tutaj coś zjeść, jedzenia najważniejsze, aż się powtórzyłam. John nie mógł się doczekać, kiedy zaczną zbliżać się inni herosi, żeby kolacja mogła się zacząć, a on dostał jedzenie. Westchnął i zaczął rysować kółka na stole.
_________________
John Oswald

I always find you, because I love you and I don't leave you. Never.
 
   Podziel się na:     
Adrien Carrero





Posejdon

Uznany

24.07.1998

100





5
siła
8
zręczność
10
12
MM
100
PD

1 poziom - Łucznictwo 1 poziom - Orientacji w Terenie 1 poziom - Budowa szałasów, kryjówek 1 poziom - Pływanie

Wysłany: 2016-07-10, 13:35   

Kolacja. Jakoś niezbyt zbierało mu się na przyjście tutaj, ale jednak musiał, bo taki obowiązek dostał od innych, no a że w domku 0, wszyscy się wybierali to i on się tutaj pojawi, co by sam nie siedzieć, a przy okazji, kogoś poznać. W obozie spędził już parę dni, a kiedy też doszła wiadomość, że będzie jakaś bitwa o sztandar, to ten natychmiast zaczął szukać swojego łuku i strzał, które to schował sobie pod łóżkiem po pierwszym treningu. W zasadzie nie podpadła mu walka mieczem, to chociaż postrzela sobie do biegnących w jego stronę ludzi. Nie poznał za dużej ilości osób, to też pewnie niezbyt mu się by uśmiechało do tego by kogoś tam poznać, a raczej przystać na jego jedynym znajomym - Johnie.
Przyszedł jakoś tam któryś z kolei, właściwie niezbyt mu się chciało tu siedzieć i jeść, ale jednak skoro dają to trzeba brać. Podszedł powoli do głównego wejścia, po czym jedynie okrążył ognisko dookoła, czasem sobie z przyjaciółmi takie ognisko zrobili, ale tak wysokiego jeszcze nigdy nie widział. Rozejrzał się po stolikach, przy każdym pewnie wisiał jakiś numerek, a on szukał długiego stołu z cyferką 0 co, by tam usiąść. Widząc tam Johna, od razu tam poszedł, długo się nawet nad tym nie zastanawiając usiadł obok niego a kołczan i łuk odłożył obok siebie. Ba, musi to mieć na oku, w końcu zawsze to coś mu pomoże się bronić, nie?
- Cześć John i cześć nieznajomy. - skinął głową na jednego i drugiego, po czym jedynie uśmiechnął się do dziewczyn, siedzących pewnie kawałek dalej od nich i jedynie - Cześć dziewczyny! - nie uśmiechało mu się szukać nowej dziewczyny, ale znajomych nigdy za wiele. Cóż, pewnie mnie trochę poniosło z tym postem bo miał być krótki, ale co tam!
_________________
Adrien Carrero
If you're gonna bite, be a big bad wolf
 
   Podziel się na:     
Livia Parish 
Master ;-;





Hekate

GRUPOWA #20

17.01.1999

'Cause I’ve got a jet black heart






14
siła
17
szybkość
23
zręczność
100
100
MM
80
PD

2 lvl Startegia 1 lvl Malarstwo

Ekwipunek: miecz,sztylet,chusteczki,zdjęcie,gumy Orbit
Wysłany: 2016-07-10, 20:29   
   Multikonta: Felga, Alex


//

Liv nie była głodna, ale wolała nie przekonywać się co zrobią opiekunowie, jeśli się nie pojawi na kolacji. OBECNOŚĆ OBOWIĄZKOWA. Dziewczyna nienawidziła, kiedy ktoś ją do czegoś zmuszał. W sumie i tak by tam poszła, no bo raczej nikt z głodu umrzeć nie chcę, ale sam fakt, że dali pewnego rodzaju ultimatum, było dla Parish nie do zniesienia. Dziewczyna weszła powolnym krokiem do pawilonu jadalnego, obdarzając wszystko i wszystkich obojętnym spojrzeniem. Na miejscu było już paru herosów, lecz dziewczyna nawet się nie fatygowała, żeby zobaczyć kto już zaszczycił wszystkich swoją obecnością. Liv usiadła na jakimś krześle, raczej na uboczu. Skoro jest skazana na bycie tutaj, to woli spędzić ten czas w spokoju. Z dala od nadpobudliwych herosów. Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni swetra swoje słuchawki oraz mp3 i puściła pierwszą lepszą piosenkę. Czekając na jedzenie, zaczęła przyglądać się obozowiczom. Większości nie znała, prawie wszystkich. Niektóre osoby kojarzyła z domku #0, ale nic poza tym. Liv zaczęła się nudzić. Zapewne gdyby była w Los Angeles to nie siedziałaby sama, lecz ze swoim przyjacielem, Harrym i pewnie z jego dziewczyną, a oni nie pozwoliliby dziewczynie na nudę. Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem na jego wspomnienie. Dla dziewczyny był kimś więcej niż przyjacielem, ale Liv nie mogła mu temu powiedzieć, wiedząc, że jest w szczęśliwym związku, a wyjawiając mu jej uczucia mogłaby stracić tą piękną przyjaźń… Parish dopiero w tym momencie uświadomiła sobie, że chłopak w ogóle nie wie o jej wyjeździe. Dziewczyna jednak nie chciała o tym teraz myśleć. Usilnie próbowała zająć czymś swoje myśli, ale słabo jej to wychodziło. „Jeszcze brakowała mi wyrzutów sumienia. Świetnie…” pomyślała. Dziewczyna zaczęła nerwowo wystukiwać znany tylko jej samej rytm, przestając na chwilę myśleć o swojej nieszczęśliwej miłości i oczekując niecierpliwie na jedzenie.
_________________

LIVIA SOFIA PARISH



Everybody's got their demons
Even wide awake or dreaming
 
 
   Podziel się na:     
Freya Kingsleigh
she;s a maneater





Euros

Grupowa #0

13. 09. 2000

Poziom1

So we'll Fall If we Must 'cause it's you me and it's all about us






9
siła
25
szybkość
27
zręczność
95
70
MM
9
PD

Tropienie lvl 1 | Akrobatyka lvl 2 | Złodziejstwo lvl 1 | Łucznictwo lvl 2 | Strategia lvl 1 |

Ekwipunek: dwa sztylety, łuk, kołczan,
Wysłany: 2016-07-10, 20:38   

//Po fabule z Axelem
W nie najlepszym humorze przyszła na tą kolację. Była wiecznie głodna i miała nadzieję na ciepły posiłek. Może taki tu znajdzie?
Rozejrzała się po pawilonie, nie wiedząc, gdzie usiąść. Zdecydowała usiąść koło jakiejś blondynki (Tak, ty Rey xd ). Nie wiedziała za bardzo co zrobić. Więc po prostu siedziała, ze spuszczonym wzrokiem, i podziwiała coś, co się znajdowało poniżej. I tak mogła się tylko zastanawiać, co chce zjeść. I co chce się napić. Wiele osób tu nie było, czyżby obóz był aż tak bardzo... Przetrzebiony? Opuszczony? Kilka innych przymiotników by się pewnie znalazło. Westchnęła cicho i po prostu opadła górną częścią ciała na marmurowy stół, nie wiedząc co robić. Poza tym, była zmęczona i w sumie, to chciało jej się spać. A ciepła pogoda tylko bardziej to pogarszała. Bo ciepła pogoda jest przyjemna. I w ciepłej pogodzie przyjemnie się śpi.
_________________
Freya Erin Zoe KINGSLEIGH
FOR HERSELF, SHE WANTED SLEET AND ICE, HOWLING WINDS, THUNDER TO SHAKE
THE VERY STONES OF THE RED KEEP. SHE WANTED A STORM TO MATCH HER RAGE



PRETENDING TO BE A MODEL WHEN THE WIND IS BLOWING THROUGH YOUR HAIR
 
   Podziel się na:     
Margaret Vazquez





Afrodyta

Nieuznana

14.02.1999

Poziom1

100





00
siła
6
zręczność
10
14
MM
100
PD

Złodziejstwo - poziom I | Walka wręcz - poziom I | Akrobatyka - poziom I

Ekwipunek: Scyzoryk, list od matki, lusterko
Wysłany: 2016-07-10, 20:44   

Kolacja nie brzmiała jakoś zachęcająco dla Margaret, mimo tego, że pewnie w innych okolicznościach byłaby już strasznie głodna. Teraz jednak w jej głowie pałętało się zbyt wiele myśli, by miała ochotę coś zjeść. Musiała jednak udać się do Pawilonu – czy tego chciała, czy nie chciała. Był to obowiązek wszystkich Obozowiczów i jak na razie nie miała ona ochoty robić złego wrażenia na swoich opiekunach. Jeszcze by ją wyrzucili i nie miałaby co ze sobą począć.
Po za tym była to znakomita okazja by poznać kogoś nowego, więc Margaret nie powinna w ogóle marudzić. Jak do tej pory nie rozmawiała dłużej z żadnym półbogiem i wypadałoby to zmienić. W końcu zawsze raźniej jest mieć dużo przyjaciół i znajomych, którzy w razie kłopotów staną po twojej stronie. Dodatkowo może będą oni mieli więcej informacji na temat Obozu od niej i tym samym pomogą jej zrozumieć niektóre rzeczy i zasady tu panujące.
Nie była pierwsza na kolacji, co zresztą jej nie dziwiło. Wcale bowiem nie śpieszyła się z przybyciem tutaj. Ominęła ognisko i ruszyła przed siebie, w stronę stolików. Postanowiła podejść do tego najbardziej zaludnionego. Słyszała coś o tym, że każdy domek powinien siedzieć przy własnym stole, ale jak na razie miała tylko ochotę z kimś pogadać, nie zważała więc na zasady. W najwyższym wypadku może powiedzieć, że jest tu nowa i nie wiedziała, który ze stolików jest jej (co w sumie było prawdą), a opiekuni powinni najwyżej ją przesadzić. Choć co ona tam wie – w końcu to był Obóz herosów i widziała już jak parę z jej rówieśników nosi broń pod pachą. Równie dobrze tu mogą ukarać ją rzucając potworom na pożarcie.
Puściła oczko najpierw chłopakom, a później dziewczynom, uśmiechając się promiennie.
- Hej. – powiedziała na przywitanie, po czym usiadła w środku, między dziewczynami i chłopakami.
 
   Podziel się na:     
Salvador Murray





Hermes

Nieuznany

11.05.1998

100





00
siła
7
zręczność
13
15
MM
100
PD

Rzucanie nożami - I Złodziejstwo - I Jeździectwo - I Łucznictwo - I

Ekwipunek: Plecak z Star Wars, kolekcja płyt z piosenkam
Wysłany: 2016-07-10, 21:19   

Matka nigdy nie umiała go odciągnąć od komiksów, a tu wystarczy jedno proste słowo ‘jedzenie!’, a Salvador porzuca wszystko, co robił do tej pory i biegnie w kierunku, w którym ponoć można dostać jeść. W pomieszczeniach zamkniętych (ale nie tych bez klamek, duh) rzucał swoimi historyjkami obrazkowymi za siebie, ale teraz siedział na zewnątrz, więc nie było to zbyt dobre rozwiązanie. Więc zwinął go w rulonik i wsadził w kieszeń spodni. Nie był perfekcjonistą, komiks nie musi być w idealnym stanie.
Salvador nie jadł już od jakiś… trzydziestu minut! Toż to świętokradztwo, barbarzyństwo i w ogóle! Mama się zawsze dziwiła, że on może tyle jeść, a nie tyje jakoś mocno. Szczególnie, że gardził zdrowym jedzeniem, natomiast to, co niezdrowe było najlepsze. Człowiek, który wymyślił pizzę i hamburgery powinien zostać ogłoszony świętym.
W zasadzie to on był prawdopodobnie tą osobą, która najmniej przejmowała się tym faktem, że jest półbogiem. Salvador mógł to po prostu uznać za kolejną rzecz z listy ‘do zrobienia’ (zaraz obok zostania superbohaterem, ewentualnie złoczyńcą, oczywiście. Gdzieś tam była również wzmianka o zostaniu ninja, demonem i… zresztą, nieważne). Halo, carpe diem i te sprawy! Ludzie, rozchmurzcie się!
Żwawym krokiem wpadł do pawilonu jadalnego, z podrygującymi na szyi radośnie Insygniami Śmierci i wielkich wyszczerzem na twarzy. Nie ogarniał, o co w ogóle chodzi, bo jego umysł latał tylko wokół jednej myśli: jeśćjeśćjeśćjeśćjeśćjeść. Usiadł na pierwszym lepszym miejscu obok innych ludzi i oparł się na stole. Nie zniechęcił go fakt, że większość ludzi nie wyglądała tutaj zbyt przyjaźnie i nosiło przy sobie bronie. Mówiłam już, że Salvador nie ma totalnie instynktu samozachowawczego?
 
   Podziel się na:     
Miles Halter
i lost my pillow...





Hypnos

Grupowy #15

25.03.1999

Poziom1

Love hurts when it's all you need And you're breaking me






20
siła
12
szybkość
15
zręczność
67
100
MM
00
PD

Walka Bronią Białą (Miecz) - 2 | Walka Bronią Improwizowaną - 1 | Akrobatyka - 1 | Łucznictwo - 1

Ekwipunek: Miecz, zdjęcie matki, tic taci miętowe
Wysłany: 2016-07-10, 21:27   
   Multikonta: Tomcio, Clyde


Miles jako człowiek, który mógłby tylko jeść i jeść (a tyć nie tyje), ucieszył się na wieść o kolacji. Nażre się i może w końcu pozna jakichś obozowiczów. W pomarańczowej koszulce i z uśmiechem na twarzyczce podreptał w stronę Pawilonu. Mijając ognisko, zawiesił na nim wzrok na dosyć długo, z czego zdał sobie sprawę, kiedy odwracając od niego wzrok o mało nie przy grzmocił w drzewo. Szybko je wyminął i na sekundę ponownie wrócił wzrokiem do idealnie ułożonego stosu drewna. Tam się chyba składa ofiary dla bogów. Chętnie złożyłby swoją dla ojca, ale jest taki problem, że go jeszcze nie uznał. Chciał, żeby to zrobił i choć niecierpliwy nie jest, to jednak wypadałoby, żeby zrobił to jak najwcześniej. Jest w końcu jego staruszkiem, a wypadałoby poznać swoją rodzinę. Przyszedł nie za wcześnie, nie za późno, a w sam raz, kiedy przy stoliku dla domku zerowego było już trochę osób. Usiadł gdzieś po środku i uśmiechnął się do przybyłych. Grunt to dobre pierwsze wrażenie, no nie?
 
   Podziel się na:     
Dorothy Lovelace
The big BOOM!





Hefajstos

Grupowa #09

16.06.1999

Let's burn everything!






10
siła
9
szybkość
11
zręczność
100
100
MM
28
PD

Kowalstwo - I || Płatnerstwo - I || Walka wręcz - I || Strategia - I

Wysłany: 2016-07-11, 00:36   

Z łatwością przyjęła nienaturalne informacje na temat własnego jestestwa i tego jak trafiła do obozu. Nimfy wodne ją uratowały przed utonięciem? Było to dla niej normalniejsze, niż uwierzenie, że jej mama ot tak wyparowała, znikła, rozpłynęła się w powietrzu. Nie wiedziała nawet czy żyje, czy cała ta przeprowadzka uwzględniała je obie, czy może mama w sekrecie zaplanowała przyjazd Dorothy do Obozu Herosów. Na domiar wszystkiego, jej ubrania jeszcze do końca nie wyschły oraz nie miała przy sobie swoich rzeczy, dlatego musiała pożyczyć jakieś za duże dresowe spodenki i podkoszulkę najprawdopodobniej z obozowego biura rzeczy znalezionych. O ile coś takiego istniało w "przytułku" dla herosów. Więc tak, była zła, bardzo zła i na dodatek głodna.
Idąc w kierunku pawilonu, ukradkiem obserwowała innych obozowiczów. Uznała, że najwidoczniej bogowie nie próżnowali w płodzeniu potomków, bowiem wszędzie było pełno nastolatków. Mogliby nawet urządzać miedzy sobą zawody, kto z nich ma najwięcej dzieci.
Usiadła przy stoliku dla tych nieokreślonych. Przywitała wszystkich lekkim uśmiechem, po czym cicho wzdychnęła by się nieco zrelaksować. Nie chciała wychodzić przed nowymi ludźmi na pannę złośnicę, chociaż większość z nich mogła być równie niezadowolona, z całej sytuacji, tak jak ona.
No, ciekawe, co takiego półbogowie jadają - powiedziała, trochę sama do siebie, z nadzieją, że ktoś postanowi przerwać ciszę przy stole. – Obyśmy nie musieli na zawsze pożegnać się z ziemskim jedzeniem.– Była w stu procentach poważna - nie wytrzymałaby ani dnia bez zjedzenia czegoś ostrego czy wypicia Red Bulla.
 
   Podziel się na:     
MG
Administrator


Wysłany: 2016-07-11, 22:42   

Chejron pojawił się w swojej normalnej postaci (czyt. końskiej) i rozejrzał się po zebranych. Niektórzy głodowali, czy jak? Ale liczba, którą zastał i tak była zadowalająca. Zaraz obok niego pojawił się Pan D., dyrektor obozu. A jego mina wskazywała, że standardowo nie był zachwycony przebywaniem z bandą dzieciaków. Nie zamierzał się wypowiadać, dlatego też tą działkę zostawił Chejronowi. On był lepszy w te klocki.
- Witam wszystkich nowych na kolacji. Ponieważ jest was wielu, pozwolę sobie wyjaśnić parę dość istotnych spraw - rozpoczął przemowę, gładząc koniuszek brody - Jak zapewne większość z was już się dowiedziała, jesteście dziećmi greckich bogów. Tak, to są ci... - spojrzał na stojącego obok dyrektora obozu i powstrzymał się od powiedzenia "którzy biegają w prześcieradłach". Bądź co bądź był nieśmiertelny, a wizja oberwania szyszką po swojej ludzkiej głowie nie napawała go optymizmem - Wylądowaliście w Obozie Półkrwi i zapewniam was, że mieliście szczęście, że jeszcze żyjecie. To ten, o czym to ja chciałem... Ah, tak. To jest Dionizos, dyrektor obozu. Dla waszego zdrowia polecam zwracać się do niego "Pan D." - spojrzał kątem oka, czy na pewno dobrze powiedział. Dionizos machnął ręką, aby kontynuował - Znajdujecie się teraz w pawilonie. Za chwilę pojawi się przed wami kolacja, co mamy dzisiaj? - zamyślił się - Wyjątkowo pizzę. Naprawdę, wyjątkowo. Zanim jednak zabierzecie się za jedzenie... Złóżcie ofiarę bogowi, jakiemu chcecie. Po prostu wrzućcie jakąś część swojego posiłku do tamtego ogniska - wskazał trójnóg stojący po środku pawilonu - A ogłoszenia, jak już nie będziecie okropnie głodni. Smacznego! - powiedział co wiedział i usiadł przy stole dyrekcji, który znajdował się nieco na uboczu i... Był największy. Tam też usiadł Pan D. A do Pawilonu wkroczyły piękne, zielono-skóre kobiety pachnące najróżniejszymi kwiatami i drzewami i wszystkim innym takim. Były to driady, stawiające przed każdym talerz, na którym znajdowało się pół pizzy z serem. Jeśli chciało się więcej, wystarczyło poprosić driady o więcej. Obok stawiały magiczne kubki, które napełniały się tym, o czym heros pomyślał. Nawet niebieskim sokiem z czereśni.

// EDIT: Brak kolejki pisania!
 
   Podziel się na:     
Livia Parish 
Master ;-;





Hekate

GRUPOWA #20

17.01.1999

'Cause I’ve got a jet black heart






14
siła
17
szybkość
23
zręczność
100
100
MM
80
PD

2 lvl Startegia 1 lvl Malarstwo

Ekwipunek: miecz,sztylet,chusteczki,zdjęcie,gumy Orbit
Wysłany: 2016-07-12, 13:52   
   Multikonta: Felga, Alex


Nagle do jadalni wszedł Chejron z jakimś mężczyzną. Liv zdjęła słuchawki chowając je wraz z mp3 do kieszeni. Dziewczyna oparła głowę o dłoń i przysłuchiwała się opiekunowi. Parish rozmyślała nad słowami centaura. „Taaa, ależ się cieszę z tego powodu…” pomyślała, kiedy Chejron wspomniał o boskich rodzicach, zapewnie teraz dobrze bawiących się na Olimpie. Dziewczyna przeniosła zaciekawiona wzrok na „pana D”. Dionizos. Tak słyszała o nim. Był (jest ?) bogiem winnej latorośli i wina. Dziewczyna pokręciła rozbawiona głową. „On dyrektorem ?” pomyślała. Nagle Liv wyprostowała się. Pizza. Liv ją uwielbiała. Było to jej ulubione danie. Nie licząc Cannelloni. Nagle do jadalni weszły jakieś kobiety. Nie wyglądały jednak jak normalni ludzie. Bardziej przypominały gigantyczne zielone smerfy. Oczywiście według Liv. Nagle przed dziewczyną pojawił się talerz na którym była ona (pizza *.*). Parish pomyślała, że napiłaby się coca coli i nagle w kubku pojawił się upragniony napój. Dziewczyna była zaskoczona, choć w przeciągu tych kilku/ kilkunastu godzin zobaczyła już bardzo dużo dziwnych rzeczy. Liv podeszła do ogniska, chcąc ofiarować kawałek tego jakże dobrego pokarmu, któremuś z bogów. Parish zastanawiała się któremu. W końcu wrzuciła kawałek mówiąc „ Smacznego mamo…”, a następnie usiadła na miejsce i zaczęła jeść.
 
 
   Podziel się na:     
Axel Dragon 





Hades

Nieuznany

03.04.1999

100






11
siła
15
szybkość
9
zręczność
100
100
MM
00
PD

Taniec i śpiew - Poziom I Skradanie się - Poziom I

Wysłany: 2016-07-12, 15:52   

No tak. Na najlepsze imprezy wpada się zawsze spóźnionym. Chociaż w tym przypadku była to bardziej przymusowa obecność na kolacji, której Axel wcale nie zamierzał spożywać. Nie był głodny, był jedynie zmęczony. Chciał się położyć i odpocząć, ale nie, bo trzeba iść na kolację. Marudził pod nosem, pozwalając sobie użyć takiej wiązanki przekleństw, że aż sam był zaskoczony faktem iż zna ich tak wiele. Do pawilonu wszedł w momencie, w którym jakiś centaur powiedział smacznego. Cóż. Na szczęście ominęła go głupia gadka, która zawsze jest wygłaszana na rozpoczęciu czegoś tam, a w tym przypadku obozu. Usiadł sobie gdzieś z dala od wszystkich, nie zamierzając się wychylać czy integrować. Po prostu posiedzi tu sobie chwilę, może coś wypije i pójdzie w spokoju się wyspać, a przynajmniej taki miał zamiar. Uniósł brew w górę, kiedy to w pawilonie pojawiły się zielone kobiety. Nimfy? Pomyślał. Nie. Chyba nie. Kuźwa. Jak się te leśne duszki nazywały.. I tak się chwilę zastanawiał, aż w końcu przed jego nosem wylądował talerz z pizzą. Tak. To była jego największa słabość i chyba tylko dlatego skusił się, by coś zjeść, więc po prostu powoli zaczął się nią zajadać.
_________________

We don't have to talk
We don't have to dance
We don't have to smile
We don't have to make friends
 
 
   Podziel się na:     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  




wxv.pl - załóż forum dyskusyjne za darmo





PRAWA AUTORSKIE
BANERY
Strona wygenerowana w 0,12 sekundy. Zapytań do SQL: 7